barcelona

Siłaczka

Przyszedł sołtys. Jedźcie, pada, Ignacy, do Obrzydłówka po wielmożnego doktora. Może, pada. — Pojadę. Konie dobre? — A konie ta, jak konie: śwarne gady. Podobała się doktorowi myśl jazdy, zmęczenia się, choćby nawet niebezpieczeństwa. Wdział z nagłym ożywieniem grube buty, kożuszek, futro i wyszedł przed dom.
„Gady” chłopskie niewielkie były, ale okrągłe, wypasione — wasąg olbrzymi na saniach, słomą wyładowany i okryty kilimkiem. Zanurzył się w słomę, otulił, chłop przysiadł bokiem na przednim siedzeniu, odmotał parciane lejce z kłonicy, konie zaciął. Pomknęli. — Daleko to? — zagadnął doktor. — Będzie ta może ze trzy mile, może nie ma. — Nie zbłądzisz? Chłop obejrzał się z uśmiechem ironicznym. — Któż. ja? Wiatr dął w polu przejmujący. Niekute, ukośne, ledwo ociosane siekierą sanice wrzynały się w głęboki, świeżo spadły śnieg, odwracając na bok białe jego skiby. Drogę zaniosło. Chłop „wściekłą czapę” na bok przechylił i zaciął konie. Doktor czuł się dobrze. Minąwszy lasek, który zdawał się tonąć w śniegu, wyjechali na pusty, bezludny przestwór, oprawny w ramy lasu, ledwie widzialnego na krańcu widnokręgu.
Siłaczka fragment 120

2009-01-23 12:36:41